Hobby
Cud melatoniny?
Kajak pneumatyczny na morzu!
Motto:
Niemożliwe dzisiaj, może być możliwym już jutro!
• „Cud melatoniny” – w Internecie sporo
informacji, reklam i komentarzy o samej książce
pod tym tytułem. Zakładam więc, że zainteresowani temat znają lub go poznają.
• „Kajak pneumatyczny na morzu” – temat
kontrowersyjny, czy w ogóle na takim czymś można daleko pływać po morzu.
Spis treści
W „telegraficznym
skrócie”
Szerzej o całości
„Cud Melatoniny?”
Kajak pneumatyczny na morzu!
Zdjęcia z rejsu kajakiem pneumatycznym po Adriatyku
W „telegraficznym skrócie”
Od około 10-ciu lat coś mi wyraźnie pomaga w
podtrzymywaniu kondycji fizycznej na prawie niepogarszającym się poziomie, a od
trzech lat następuje jej wyraźna poprawa, szczególnie w kajakarstwie. Mam
aktualnie 74 lata, a w roku 2010 kończę 75 lat.
Te „coś” to najprawdopodobniej
skumulowany efekt kilku czynników:
- z
dawien dawna wspieranie się siłami natury (las, woda, góry),
- z dawien dawna lekki systematyczny
trening dla przyjemności i obcowania z naturą (dalekie marsze, biegi,
wiosłowanie),
- w miarę zdrowe odżywianie (ale bez
przesady) i brak nałogów,
- od około 10-ciu lat systematyczne
przyjmowanie różnych suplementów diety; poprzednio sporadycznie,
- od ośmiu lat systematyczne codzienne
przyjmowanie melatoniny,
- od czterech lat wznowiony
intensywniejszy niż tylko relaksowo trening kajakowy i silna motywacja, żeby na
starość zrealizować niespełnione w młodości (i wieku średnim) marzenia o
dalekich wyprawach kajakowych po rzekach, jeziorach i morzach.
Pierwsza próba realizacji niespełnionych
kiedyś marzeń, podjęta na przełomie września i października 2009 roku, powiodła
się nawet lepiej niż się spodziewałem. W ciągu dwudziestu dni przepłynąłem
samotnie kajakiem pneumatycznym wzdłuż wybrzeży Chorwacji około pięćset
kilometrów (chyba nawet sporo więcej, gdyby liczyć różne zboczenia z kursu).
Wróciłem w formie lepszej niż na starcie. Na rok 2010 planuję dłużej i więcej.
Dlaczego akurat kajak pneumatyczny (Sevylor
Pointer K2)? Po prostu on jest w miarę uniwersalny (w rozwiązaniach
opcjonalnych mógłby jednak być dużo lepszy) a poza tym jego gabaryty
najbardziej mi odpowiadały do jednoosobowego przenoszenia i przewożenia
środkami komunikacji publicznej. Oczywiście, dla nie mających kłopotów
transportowych i finansowych, lepszy byłby składak, ale też odpowiednio
dostosowany do konkretnych celów i warunków. Odrębny temat to typowe morskie
kajaki sztywne. Moim zdaniem, zbyt łatwo uogólnia się pewne ich cechy (długość,
wysmukłość, mały, wąski kokpit, małą odporność na obtarcia/uderzenia). Wg mnie
jest raczej oczywiste, że powinny być projektowane w opcjach na konkretne
warunki.
Szerzej o całości
W czerwcu 2009 r.
kończąc/zawieszając dotychczasową publikację internetową na tematy ekonomiczne
i pokrewne, napisałem:
„Postanowiłem przerwać (a przynajmniej zawiesić) swoją przygodę z
ekonomiką i ekonomią, i zająć się głównie swoim drugim hobby. Nie piszę jakim –
żeby nie zapeszyć. Jeśli się choć trochę powiedzie...? Na razie? – nie wiem! Sprawdziany w latach 2007-2008, na „choć
trochę”, dają pewną nadzieję. Może to jednak tylko złudzenie. W tym roku,
zamierzam podjąć poważniejsze i bardziej obiektywne. Na razie wie o tym tylko
kilka osób. I dopóki sam nie będę wiedział więcej, wolę żeby tak to pozostało.”
(Strona „Credo”, Podsumowanie w stanie
niedokończonym).
Próby podjąłem; wiem też więcej,
przynajmniej na tyle, żeby wyników nie zachować dla siebie. Może się one komuś
przydadzą. Może też kogoś natchną nadzieją, że nie wszystko ma już w życiu
stracone.
Te
drugie hobby, o ile w ogóle można je określić jako „hobby”, to jakieś połączenie próby realizacji na
starość niespełnionych młodzieńczych marzeń o dalekich wyprawach kajakowych po
rzekach, jeziorach i morzach, z walką z objawami starości w ogóle. Dlaczego
niespełnionych w młodości? – brak
paszportu i „przepisy”. Gdy w latach 90. paszport już miałem, najpierw nie
miałem czasu, a później uznałem, że jestem za stary. Teraz, gdy jestem jeszcze
starszy, a kondycja wraca, wróciły też i marzenia.
Czy
to się wiąże z „cudem melatoniny? – W jakimś stopniu na pewno tak, ale w
jakim? – Nie wiem. Po prostu, oprócz
melatoniny przyjmuję sporo różnych suplementów diety, mocno wspieram się siłami
przyrody (las, woda, góry), zacząłem trochę intensywniej ćwiczyć, a ponadto
jestem „z dawien dawna” aktywny fizycznie i umysłowo, choć w dzieciństwie,
w szkole podstawowej, byłem bardzo chorowitym i najsłabszym fizycznie uczniem w
klasie. Wtedy uzdrowił mnie głównie las. Nie tylko uzdrowił, ale uczynił nawet
lekkoatletą. Miernym bo miernym, ale zawsze. Dla mnie, który wg rokowań miał
jeszcze przed sobą jakieś dwa – trzy lata życia, to już był bez mała cud.
Dłuższa historia, trochę jak bajka.
Skąd się wzięły kajaki, i to z myślą o wielkich
eskapadach, to już następna „bajka”. W kajakarstwie turystycznym, z elementami
wyczynu, byłem znacznie lepszy niż w
lekkoatletyce, ale niemal całkowicie nieznany, chyba że odpowiednim władzom.
Stare dzieje.
Teraz też ta moja historia
kajakowo-melatoninowa, z różnymi przyległościami, i powrót do części marzeń a
nawet ich realizacji, również wygląda jak bajka. Ale czy to faktycznie bajka! –
Realizację można sprawdzić,
przynajmniej w odniesieniu do eskapad kajakowych i wieku kalendarzowego
hobbysty.
Dlaczego akurat melatonina? Dla
mnie z dwóch powodów.
Pierwszy, jest łatwo dostępna i
stosunkowo tania.
Drugi, odpowiada mi filozofia
zegara biologicznego w cyklu całego życia danego organizmu.
Zegara biologicznego, który poprzez
system immunologiczny najpierw organizm
wspiera, żeby spełnił swoją rolę w przyrodzie, później zachowuje się
neutralnie, a na końcu go zwalcza, gdy uznaje, że on już jest bezużyteczny, a
nawet szkodliwy, zajmując tylko miejsce innym. Gdyby faktycznie tak było, i że
przez długoletnie przyjmowanie melatoniny, połączone z odpowiednim trybem
życia, dało się spowolnić, zatrzymać a nawet cofnąć bieg zegara biologicznego,
byłby to w istocie Cud,
cud spowodowany rozumem człowieka. Cud o olbrzymich konsekwencjach, tak dla
jednostek, jak i całych społeczeństw.
Nie wiem, na
jakim etapie są badania nad „cudem melatoniny”. Sądząc po tym, że w mediach
panuje cisza na ten temat, przypuszczam, że albo „cud” w ogóle się nie
potwierdził, albo że badania są jeszcze na tym etapie, że nie są sensacją
medialną.
Dlaczego akurat wybrałem kajakarstwo jako
główny sprawdzian powrotu do formy, przynajmniej z wieku średniego? Po prostu
dlatego, że je lubię, i nawet spory wysiłek fizyczny oraz przeróżne
niedogodności wyprawowe sprawiają mi autentycznie przyjemność, szczególnie gdy
trasie kajakowej towarzyszą lasy i góry. To wszystko.
Moje
pływanie kilkoma typami kajaków i pontonów wiosłowych, w ciągu ostatnich
dziesięciu lat, licząc w kilometrach w ciągu roku, wyglądało w przybliżeniu:
- lata 2000 – 2005 - od
150 do 300 km rocznie (łatwe rzeki i jeziora). Wielokrotnie więcej czasu
przeznaczałem na włóczęgi po lasach. Mniej po górach (drugi kraniec Polski);
- rok 2006 - około 600 km. Do tras kajakowych włączyłem
Zalew Wiślany. Dalej las i góry;
- rok 2007 - niespełna 850 km,
- rok 2008 – nieco ponad 1000 km,
- rok 2009 – nieco ponad 1500 km, w tym
około 500 km po Adriatyku. Niestety, na Tatry ani nawet na Gorce lub
Bieszczady, nie starczyło mi już czasu. Żałuję, szczególnie Tatr i Bieszczad.
Rejs kajakiem pneumatycznym Sevylor Pointer K2
wzdłuż wybrzeży Chorwacji w okresie od 19 września do 9 października
2009 roku
Trasa przebiegała w
przybliżeniu od Biogradu na Moru do Orebiću na półwyspie Poliešac (kilka
kilometrów od Korčuli na wyspie o tej samej nazwie) i powrót do Biogradu na
Moru, z kilkoma bliskimi wypadami w różnych kierunkach.
Szkicowe dane
Na południe
Biograd na Moru – Murter – Pirovač –
powrót do Tisno – Jezera – Kaprije
– Zmajan – Komorica – Tmara –Maslinovik – Rogoznica – Razanj – Arkandel
– Mali Drvenik (od południa) – Veliki Drvenik (od południa) – Šolta (od południa) – wzdłuż Šolty – zwrot na
południe na Rt Pelegrin – Hvar (od południa) – wzdłuż Hwaru aż do południka 170
– zwrot na południe na Rt Lovište (półwysep Poliešac) – dalej wzdłuż półwyspu
po jego południowej stronie aż do rejonu Kučište – Orebić i kilka kilometrów
dalej wzdłuż półwyspu.
Powrót
Orebić – Loviśte –Hvar – wzdłuż Hvaru na zachód (po jego południowej
stronie) – po opłynięciu Hvaru – zwrot
na wschód pod osłonę północnego cypla Hvaru (trochę za silny wiatr wschodni) –
zwrot na Brač – zwrot na zachód wzdłuż jego południowego wybrzeża – dalej
Śolta (teraz opływana od północy)– Veliki Drvenik (teraz opływany od
północy– Mali Drvenik (też od północy) – Arkandel - Maslinowik – Zlarin – Tijat
– Tisno – Biograd na Moru i jeszcze mały wypad na południe i północ wzdłuż
Pasmanu.
Cała trasa, wg zliczeń po liniach mniej więcej prostych, wyniosła około 500 km.
Przeróżne krążenia i okrążania, wynikające z różnych przyczyn, mogę ocenić jedynie w przybliżeniu, w oparciu
o ich czas i swoją szybkość, na około
50-70 km. Same morze nie sprawiło mnie specjalnie kłopotów. Natomiast lądowanie
na jego bezludnych (tylko takie wybierałem miejsca na biwaki), skalistych
brzegach, to i owszem, nawet sporo. Na szczęście kajak wszystko wytrzymał. Ja
też. Choć tam przygód co nie co było.
Na rok 2010, między innymi zależnie od tego, jak mi wypadną
„sprawdziany kondycyjne”, planuję mniej lub więcej poważniejszy i dłuższy rejs
kajakowy; w miarę możliwości z wypadami w góry. Jeszcze dokładnie nie wiem,
kiedy, gdzie i co.
Cud melatoniny?
Książkę „Cud melatoniny” posiadam od 12 lat (1997 roku), tj.
pierwsze polskie wydanie, zaledwie o rok późniejsze od wydania w języku
angielskim. Melatoninę przyjmuję codziennie od ośmiu lat (2001 r.), tj. od
czasu, gdy znalazła się w polskich aptekach.
Do „Cudu melatoniny” podszedłem tak, jak radził wydawca pierwszego
polskiego przekładu:
„Powtarzamy więc za
polskimi badaczami melatoniny: książkę należy koniecznie przeczytać, ale
zachować rozsądny dystans, bo przecież badania kliniczne wciąż trwają. Życzymy
więc sobie, aby potwierdziły rewelacyjne wyniki dr. Pierpaolego, dr Regelsona i
wielu innych znakomitych naukowców”.
Z treści samej książki mnie najbardziej trafił do przekonania, pod
kątem hipotetycznego zegara biologicznego w cyklu całego życia, fragment ze strony 85 pierwszego polskiego
przekładu:
„Melatonina sposobem na uzyskanie silnego
układu immunologicznego
Przyjmując dodatkowe dawki
melatoniny, możemy wzmocnić odporność organizmu, która maleje z wiekiem. Nasza
cofająca starzenie się terapia jest skuteczna głównie dlatego, że podawanie
melatoniny prowadzi do odtworzenia młodzieńczej sprawności układu
immunologicznego. Ponieważ poziom melatoniny w ludzkim organizmie zaczyna się
obniżać po czterdziestym roku życia, od tego właśnie momentu powinniśmy
uzupełniać niedobory tego hormonu. Wierzymy – powtórzmy jeszcze raz – że
najlepszym sposobem zwalczania chorób jest profilaktyka, zaś naszą
najsilniejszą obroną jest silny układ immunologiczny. Odpowiednia dawka zależy
od wieku. W celu uzyskania szczegółowych informacji i wskazówek zajrzyj do
rozdziału 14.”
Abstrahując od melatoniny, wzmocnić odporność organizmu, poprawić
kondycję fizyczną itp., można na wiele
sposobów wzajemnie się uzupełniających. Nawet nie są to tematy specjalnie
kontrowersyjne, łącznie z tym, że trochę przedłużają młodość i opóźniają
starość, czyniąc ją jednocześnie mniej chorowitą i niedołężną. Problem w tym,
że trzeba jednak do tego sporo solidnej wiedzy i wytrwałości, no i nie każdy ma
odpowiednie warunki. Gdyby jeszcze na to nałożyło się dodatkowe wsparcie
melatoniną... lub jakimś innym środkiem?
Wracając do melatoniny.
Przypuszczam, że:
- najłatwiej ustalić (co wcale
nie oznacza, że łatwo), czy melatonina nie szkodzi i na co pomaga (np. problemy
ze snem). To już chyba zostało w zasadzie dowiedzione. Wniosek: z dopuszczenia
do obrotu i to bez recepty. Naturalnie trzeba się stosować do wskazań zawartych
w ulotkach dołączonych do opakowań z melatoniną. Czy wszystkim pomaga, to już
inna sprawa. Zanim jednak zaczniemy totalnie krytykować, warto się jednak
zastanowić, czy inne lekarstwa zawsze i wszystkim pomagają i z jakimi skutkami
ubocznymi;
-
znacznie trudniej ustalić, czy melatonina wspomaga leczenie pewnych
ciężkich chorób. Także, czy przy leczeniu tych chorób, jednoczesne przyjmowanie
melatoniny wręcz nie szkodzi. Wniosek wyciągam z treści ulotek, załączonych do
opakowań. Wyciągam z tego też i drugi wniosek, że melatonina w leczeniu
ciężkich chorób nie przebiła nawet innych suplementów diety, ukierunkowanych na
konkretne niedomagania;
-
chyba najtrudniej obiektywnie ustalić, czy regularne i długotrwałe
przyjmowanie melatoniny nie tylko nie szkodzi (oczywiście muszą być określone
przeciwwskazania), a w niektórych wypadkach pomoże, ale czy w ogóle istnieje zegar biologiczny w cyklu całego życia,
zegar, który, przy pomocy sztucznie
podawanej melatoniny, da się zdecydowanie spowolnić, czy wręcz znacznie cofnąć.
Czyli, mówiąc inaczej, czy w ogóle jest możliwe do zrealizowania, chyba
„odwieczne” marzenie ludzi, zdecydowanego przedłużenia młodości (gdy się
jeszcze jest młodym), i przywrócenie młodości (albo chociaż wieku średniego),
gdy się jest już starym. Najtrudniej,
ale to wcale nie oznacza, że najdrożej. Skoro w niektórych państwach bardzo
szybko zdecydowano się dopuścić melatoninę do obrotu bez recepty, wystarczyło
zrobić krok dalej: fachowo i wnikliwie opracować
ankiety. Trochę ich zebrać. Wybrać osoby do systematycznych dalszych testów,
cierpliwie obserwować rezultaty, tego co robią, a następnie interdyscyplinarnie
przeanalizować wyniki, i przemyśleć, co dalej. Te dalej, to wcale nie musiały
być zaraz badania kliniczne (w końcu chodzi o ludzi starzejących się
kalendarzowo, ale zdrowych, żyjących własnym życiem). Wystarczyły by
prawdopodobnie zwykłe badania laboratoryjne, a przy pozytywnych rezultatach –
zwykłe ulotki, jak przy innych suplementach diety, dołączane do opakowań. Może
gdzieś takie badania przeprowadzono. Może wyniki były negatywne i dlatego
cisza. Nie wiem.
Te marzenia o
długowieczności w zdrowiu i sile, wcale nie muszą być związane z melatoniną.
Badania trwają. Może by jednak dobrze było, gdyby istotną część badań ukierunkować
na sam mechanizm zapobiegania/przesuwania w
czasie starości, a nie tylko zwalczania jej objawów w postaci konkretnych
chorób typowych dla wieku starszego. Melatonina daje tą nadzieję, być może
całkowicie złudną. Nie wiem. Gdyby przed pierwszym przyjęciem
melatoniny przyszło mi do głowy przeprowadzić wszystkie odpowiednie testy i
badania, oraz powtarzać je regularnie, przynajmniej raz do roku, i zapisywać
wszystkie istotne czynniki, mogące mieć wpływ na wyniki testów/badań, mógłbym
wnioskować coś bardziej konkretnie. Niestety, nie przyszło. W ogóle o tym nie
pomyślałem. Przypuszczalnie instynktownie przyjąłem założenie, że sprawa
hipotetycznego zegara biologicznego w cyklu całego życia i hipotetyczna
możliwość spowalniania jego biegu, a nawet zatrzymywania i cofania, są tak
szalenie ważne, że na świecie będą prowadzone odpowiednio wszechstronne i
wnikliwe badania; nic tu po mnie. Ja po prostu przyjąłem swoje prywatne
założenie: mam już swoje lata; jestem co prawda nadal zdrowy i stosunkowo
silny/wytrzymały kondycyjnie, ale jeszcze jak długo? Perspektywa niedołężnej
starości wcale mnie nie nęci. Trochę ryzykuję, a zawsze jest nadzieja, że może
po latach coś to da. A jak zauważę, że szkodzi, po prostu zrezygnuję z dalszego
przyjmowania. A jak w porę nie zauważę? – Siła wyższa. W końcu nikt nie jest
wieczny. W ostateczności wolę góry lub morze niż... mniejsza z tym, co.
Kajak pneumatyczny na morzu
Kajakiem pneumatycznym po Adriatyku
(samotny rejs wzdłuż wybrzeży Chorwacji)
Kajak pneumatyczny marki
Sevylor model Pointer K2. Własny, wieziony z Polski. Dlaczego taszczyłem kajak
aż z Polski, po molestowaniu wielu przewoźników, żeby w ogóle mnie z nim ktoś
zabrał? Po prostu oceniłem, że na miejscu nie zdołam wypożyczyć żadnego kajaka
nadającego się na wielodniowy rejs tego typu, jaki ja planowałem. Zresztą w
Chorwacji kajaków na morzu prawie w ogóle nie widać, choć warunki, gdy kto zna
teren, są miejscami bardzo dobre, nawet do pływania tzw. kajakami plażowymi. To
tak na marginesie. Trochę szkoda. Bardzo wielu plażowiczów chyba nie zdaje
sobie sprawy, ile traci, stroniąc od zwykłego, stosunkowo taniego i przyjemnego
relaksu kajakowego.
Do Chorwacji jechałem autobusem
firmy GlobTourist z Kołobrzegu. Powrót autobusem tej samej linii. Do Chorwacji jechałem zarówno dla pięknych
widoków, ciepłego i spokojnego morza, braku ograniczeń w pływaniu tego typu jak
w Polsce, jak i z myślą wypróbowania siebie i kajaka w warunkach morskich ale
stosunkowo bezpiecznych, choć nie do końca, gdy ryzykujemy lądowanie poza
terenem sztucznie przygotowanym (lądowiska, plaże) albo niepodziewanie szybko
załamie się pogoda (latem zdarza się rzadko), a my jesteśmy daleko od jakiegoś
bezpiecznego miejsca. No i jeżowce..., miejscami dość liczne.
Trasa wiodła od Biogradu na Moru do
miejscowości Orebič na półwyspie Poliešac (kilka kilometrów na wschód od
miejscowości Korčula na wyspie o tej samej nazwie) i powrót tą samą drogą,
zwykle jednak po innej stronie wysp. Kilka wypadów w bocznych kierunkach. W
sumie około 500 km, nie licząc małych zboczeń z trasy lub błądzenia między
wyspami i kręcenia się w kółko, często już po ciemku, w poszukiwaniu miejsca,
gdzie, względnie bezpiecznie, w ogóle da się wylądować (w dalszej części trochę
szczegółów). Małe zboczenia z trasy, to zarówno sprawa wiatru, okrążania np.
rejonów regat i tras szybkich statków, jak i zwyczajnie, czasami przez wiele
godzin płynąłem „na oko”, nie zaglądając do mapy(niezbyt szczegółowej: zwykła
turystyczna w skali 1: 750 000, choć laminowana), kompasu ani GPS, no i
„na oko” trochę różnie mi wychodziło. Dla swego usprawiedliwienia powiem, że
właściwie było mi prawie wszystko jedno: kilka/kilkanaście kilometrów w „lewo
czy w prawo”, aby się tylko „z grubsza” orientować gdzie jestem i w którym
kierunku płynę oraz dokąd dopłynę. Zależało mi jedynie na tym, żeby na czas i
szczęśliwie powrócić do miejsca startu.
W ogóle na morzu przebywałem w
okresie od 19 września (niemal wprost z autobusu, nie licząc dojścia do miejsca
startu i montowania kajaka) do 9 października
2009 roku, z jednym dniem przerwy, w drodze powrotnej, w małej,
otoczonej lasem i górami, bezludnej zatoczce na wyspie Brač (na południowej
stronie, kilka kilometrów od miejscowości Milna) ,z uwagi na silny wiatr i zbyt
wzburzone morze. W porę wyczułem „pismo nosem” i schroniłem się do tej
zatoczki. Ściślej się wyrażając, porządnie wiać zaczęło już pod wieczór
poprzedniego dnia. Siła wiatru wzrosła nocą, wręcz „wył” gdzieś wysoko w górach
wśród drzew (do mnie nie docierały prawie żadne podmuchy), rano był jeszcze silny,
w południe osłabł. Mogłem już płynąć,
ale postanowiłem sobie poleniuchować aż do następnego dnia. Dobrze zrobiłem.
Pierwszy raz w życiu słyszałem „duchy”, i to bardzo blisko siebie, choć ich nie
widziałem. Proszę sobie wyobrazić, ciemna noc, księżyc zasłaniają góry, jego
światło odbija się tylko gdzieś pod szczytami. Mój skrawek plaży oświetlają
jedynie gwiazdy. Ciemno. Prawie cisza. Jednie w szczelinach skalnych chlupocze
przelewająca się woda. Prawdopodobnie gdzieś poza zatoczką jest martwa fala,
trafia w przeróżne przewężenia i szczeliny i dociera aż tutaj. Nic specjalnego.
Słyszałem już to podczas rejsu wiele razy. Gdy nagle, niemal za sobą słyszę
ludzkie głosy, i to ze strony prawie niemożliwej do przejścia. Zrywam się.
Świecę latarką. Nie ma nikogo. Głosy ucichły. Oświetlam teren dalej. Nie ma
nikogo. Tylko skały, za nimi dość rzadki las: dostrzegł bym każdego w
odległości do 30 metrów. Nie ma nikogo. Zajrzałem nawet do jaskini (widocznej
na zdjęciu), do której nie chciałem wchodzić za dnia (zbyt dużo śmieci) też nie
ma nikogo a jaskinia kończy się ślepo. Czyli, nie ma chyba innego wyjaśnienia:
duchy albo halucynacje. Kładę się spać. Jeszcze nie zdążyłem usnąć, a już znowu
słyszę głosy ludzkie, wymawiane szeptem, jakby bardzo blisko i to od strony skał
z przelewającą się wodą. Słów nie mogę zrozumieć, ale ich melodia jest wyraźnie
polska. Jestem już prawie pewny, że to halucynacje, ale na wszelki wypadek
jeszcze raz wstaję, i z latarką obchodzę cały teren, szczególnie przyglądając
się (i nasłuchując) skałom, z których kierunku słychać było głosy, i naturalnie
nie znajduję nikogo ani też nikt się nie odzywa na moje nawoływania. Wracam, po
raz któryś kładę się spać, naciągam kaptur śpiwora na głowę, żeby nic nie
słyszeć, i zasypiam chyba niemal natychmiast. Rano słońce. Krajobraz piękny.
Woda ciepła. Po nocnych „duchach” ani śladu. Oczywiście, były to
halucynacje/omany. Czytałem, że takie coś przytrafia się czasem samotnym
żeglarzom, gdzieś na Pacyfiku, po wielu miesiącach samotnego rejsu, ale żeby
mnie, po paru tygodniach na Adriatyku..., w dodatku na biwaku? Prawdopodobnie rzeźba skał, w których
przelewała się woda, i nastrój miejsca spowodował...
Kajak wybrałem z Internetu, szukając modelu, który by jednocześnie
spełniał kilka warunków:
- był stosunkowo lekki i można go było
schować do plecaka lub odpowiedniego worka turystycznego/żeglarskiego (bardzo
ważne gdy podróżuje się w pojedynkę środkami komunikacji publicznej, i oprócz
kajaka trzeba jeszcze zabrać sporo innych rzeczy: raz że ciężko, dwa – mogą nie
zabrać ),
- miał dobrą dzielność morską, w tym
zarówno dobre trzymanie się na falach, jak łatwość zwrotu na wiatr (im
dłuższy kajak, tym trudniej wykonuje się zwroty na silny wiatr, szczególnie gdy
kajak nie ma steru; w pobliżu skalistego brzegu, gdy trzeba się od niego
oddalić, może to być niebezpieczne),
- był stosunkowo szybki, ale nie zbyt
dużym kosztem stabilności bocznej (typowe kajaki morskie są z reguły bardzo
wąskie; nawet poniżej 60 cm. Zapewnia to większą szybkość i mniejszy opór w
pływaniu pod wiatr i fale, ale jednak kosztem stabilności bocznej pomimo
odpowiednio wyprofilowanego dna, niwelującego trochę skutki wysmukłego
kształtu. Jak się płynie przyjmując fale na burtę, można sobie z tą ograniczoną
stabilnością boczną poradzić, po prostu odpowiednio balansując ciałem przy
przyjmowaniu większych fal. Jednak, gdy chcemy w kajaku odpocząć i przespać się
choć kilka godzin, a brzeg daleko lub niedostępny, to raz, że kajak jest tak
ciasny, że w ogóle nie można się położyć, dwa wywrotka jest bardzo
prawdopodobna, nawet gdy nie ma specjalnie fal. Nawiasem mówiąc, w składaku
dawnej polskiej produkcji typu Neptun, wprawdzie nie idealnym na morze,
przygotowując się kiedyś do przepłynięcia Bałtyku (klapa z zamiaru z powodu
przepisów i braku paszportu)
wielokrotnie biwakowałem na „środku”
Zalewu Wiślanego. Jak było dość spokojnie – w ogóle nie używałem
dryfkotwy. Przy silniejszym wietrze i odpowiednim falowaniu – z użyciem
dryfkotwy. Kajak wymościłem grubym nadmuchiwanym materacem – przy okazji
dodatkowe zabezpieczenie oprócz dwóch komór powietrznych na burtach. Na to
śpiwór. I kładłem się wygodnie: odpoczynek niemal po królewsku. Oczywiście, za
pierwszym razem wypróbowałem – w pobliżu brzegu – czy mogę się przekręcać z
boku na bok, przesuwając się niemal na burtę. Mogłem! – kajak się przechylał
ale nie wywracał: opierał się na burtowych komorach powietrznych, umieszczonych
dość wysoko. Naturalnie, gdyby w tej pozycji ustawił się burtą do fali,
silniejszy podmuch wiatru i większa fala mogły go wywrócić. Ale w końcu – po co
jest dryfkotwa!
- był stosunkowo odporny na różne
zetknięcia się ze skałami. Standardowe kajaki morskie nie są zbyt odporne
na przeróżne otarcia się i uderzenia o skały. To jest racjonalne pod warunkiem,
że albo plaże są piaszczyste (mogą być nawet żwirowe ale żwir musi być mniej
więcej jednolity i niezbyt ostry) , albo lądujemy tylko w przystaniach
względnie chociaż w jako tako przygotowanych dla kajaków lądowiskach. Lądowanie
na dziko na skalistym wybrzeżu, tego typu jaki jest np. w Chorwacji czy w
szwedzkich szkierach, wymaga nie tylko nie lada umiejętności (szczególnie gdy
są fale), ale wręcz może być niebezpieczne tak dla kajaka, jak i jego załogi.
Naturalnie, w dwójkę zarówno samo lądowanie jak wynoszenie kajaka na brzeg w
terenie skalistym, jest łatwiejsze niż w pojedynkę, szczególnie gdy kajak jest
dość obładowany bagażem.
- Założeniem mojego sprawdzianu było
biwakowanie na dziko. Musiałem więc szukać kajaka, który by w jakimś stopniu
łączył właściwości kajaka górskiego (wytrzymałość, zwrotność), z kajakiem
morskim, w dodatku z takim kajakiem morskim, który byłby względnie bezpieczny
na morzu, ale i wygodny w dalekich rejsach, bez konieczności, nawet w ciągu
kilku dni, dobijania do brzegu (oczywiście, jest to możliwe ale kosztem
szybkości).
Z powyższych powodów – dla mojego próbnego rejsu – nie
wchodził w grę żaden kajak sztywny. Oczywiście,
nie miałem nic przeciwko temu, żeby na miejscu wypożyczyć i wypróbować
kajak morski, gdybym gdzieś taki zauważył. Niestety, nie widziałem ani jednego:
ani na morzu, ani na plaży. Przez pierwsze kilka dni rejsu nie widziałem
zresztą ani jednego jakiegokolwiek kajaka ani przy brzegu, ani na brzegu, a
wypatrywałem na wszystkie strony – lornetkę miałem dobrą (9 X 63). Później, głównie w rejonie
Korčuli, coraz częściej widziałem kajaki „plażowe” leżące na plażach przy
hotelach. Kilka razy zauważyłem, że w pobliżu hotelowej plaży, ktoś na nich
pływał. W rejonie gdzieś pomiędzy Kučište a Orebič-em, na campingu zauważyłem
też napis w języku polskim „spływy kajakowe”. Miałem nawet ochotę wylądować, i
popytać się, kto tym „zawiaduje”, ot zwyczajnie, szukając bratniej duszy, ale
jakoś tak zrezygnowałem. Wypatrywałem też wzdłuż brzegów pomiędzy Kučište a
campingiem za Orebičem jakiegoś
widocznego z wody śladu polskiej bazy turystycznej (zapomniałem zabrać adresu i
telefonu). Nie powiodło mi się. Gdybym na morzu zauważył jakiekolwiek kajaki,
prawie na pewno starał bym się dogonić i popytać. Zresztą w tym rejonie byłem
tylko półtora dnia, i, na wszelki wypadek (mogło nastąpić pogorszenie pogody)
postanowiłem już wracać (było to w dniach 26 – 28 września).
Najlepiej
odpowiadał by mi kajak składany – ale waga i gabaryty są jednak trochę za uciążliwe jak na samotny wyjazd – z nieliczeniem na czyjąś
pomoc, i bez dysponowania własnym środkiem transportu (nie wymieniłem prawa
jazdy, wydanego jeszcze w 1984 roku, sądząc, że nie będzie mi już potrzebne; z
tych samych powodów nie kupiłem nowego samochodu). Nad kajakami pneumatycznymi
jednak typowo morskimi (długie, wąskie i ze sterem) też się specjalnie nie
zastanawiałem: po prostu waga i wymiary. Gdybym takie kajaki gdziekolwiek spotkał poza reklamami w
Internecie, na pewno bym się zainteresował, w tym możliwościami wypożyczenia
(dla sprawdzianu, jak się zachowują na wodzie, w różnych warunkach). Z ich
parametrów podanych w Internecie, doszedłem do wniosku, że są one za długie i
za wąskie, czyli prawdopodobnie producent uległ powszechnej modzie o kajakach
morskich, modzie niekoniecznie się sprawdzającej przy konkretnych celach, także
morskich.
Wybrałem w
końcu Sevylora Pointer K2, jako coś w rodzaju pneumatycznego kajaka
uniwersalnego, wprawdzie nie do końca
odpowiadającego moim celom na poważniejszą wyprawę (za ciasny, brak steru, i
opcjonalnie kilka innych drobiazgów), lecz w tegorocznym rejsie spisał się
całkiem dobrze. Nawet to, że jak tylko przestajemy wiosłować, w ciągu sekund
schodzi z kursu, specjalnie mi nie przeszkadzało. Mam po prostu wprawę. Gdy
chcemy na chwilę odłożyć wiosło, żeby spokojnie zrobić namiary lub tylko przez
lornetkę, bez irytacji
(obroty kajaka), coś obserwować, trzeba
wcześniej ustawić kajak odpowiednią burtą do fali/wiatru, i na czas krótkiej
obserwacji mamy mniej więcej spokój. Wg instrukcji, przeciwko
schodzeniem kajaka z kursu pomaga
przewidziana do zamontowania „zdejmowana
płetwa kierunkowa”. Jej stosowanie, zgodnie z instrukcją, „zalecane jest w przypadku pływania na głębokich wodach (jezioro,
morze...), gdzie umożliwia ona utrzymanie kursu kajaka na wprost. Stosowanie płetwy nie jest zalecane w
przypadku pływania na płytkich wodach lub
rzekach i strumieniach. Stosowanie
płetwy doprowadziłoby do uszkodzenia dna kajaka na wodach płytkich, a na rzekach
i strumieniach ograniczyłoby jego sterowność. Kajak jest wyposażony w odlane
stateczniki kierunkowe zapewniające właściwe zachowanie bez płetwy.” Moim zdaniem
„odlane stateczniki kierunkowe” trochę pomagają ale na morzu mocno za mało,
szczególnie niewprawnym. Natomiast płetwa kierunkowa, pomijając drobiazg, że
jest dużo za mała jak na siły działające przeważnie na morzu, faktycznie lepiej
pomaga niż same stateczniki, ale znowu drobiazg: morze jest wprawdzie głębokie,
ale brzegi ma na ogół płytkie. Czyli mówiąc wprost: płetwa (dużo większa)
musiałaby być łatwo opuszczana i podnoszona bez wychodzenia z kajaka. A
najlepszy byłby solidny ster.
Przygotowania/doświadczenie
Normalne
przygotowania, w tym zwyczajna zaprawa kondycyjno-techniczna na wodzie i
lądzie, zakup GPS typu morskiego (Garmin
- GPSmap76CSx) wraz z mapami źródłowymi Adriatyku i, na wszelki wypadek – gdybym zmienił
kierunek wyjazdu – także rejonu Archipelagu Sztokholmskiego. Gorzej mi poszło z
mapami papierowymi i z czymś w rodzaju locji. Dysponowałem jedynie laminowaną
mapą w Chorwacji w skali 1 : 750 000.
O tym, że istnieją mapy szczegółowe wraz z opisami (coś w rodzaju locji)
dowiedziałem się dopiero w autobusie w drodze do Chorwacji. Z turystycznej
laminowanej mapy Chorwacji, traktowanej jako generalna, wybrałem kilkadziesiąt
orientacyjnych punktów zamierzonej trasy/tras, z Garminu metodą demo ustaliłem
ich położenie geograficzne, zapisałem w
notesie. Wystarczyło na trasie choć na chwilę uruchomić Garmina, odczytać
położenie geograficzne, porównać z mapą generalną, i już mniej więcej
wiedziałem gdzie jestem. Do map szczegółowych Garmina zaglądałem tylko od czasu
do czasu, tak z uwagi na oszczędność baterii/akumulatorków, jak i specjalnie mi
nie zależało na jakiejś precyzyjnej nawigacji.
Doświadczenie
praktyczne. Kilkadziesiąt lat temu byłem chyba bardzo dobrze przygotowany do
pływania, także w trudnych warunkach, na wodach typu jezioro Śniardwy i Zalew
Wiślany. Brakowało mi jednak treningu na wodach morskich (przepisy, paszport).
Wprawdzie i na Zalewie Wiślanym przepisy nie pozwalały (wyjątek: za zezwoleniem
– w promieniu do 500 metrów od plaży strzeżonej), ale tu akurat przepisy mi
pomogły, zmuszając mnie do treningu w warunkach trudnych – wtedy nikt nie
pilnował. Jak była ładna pogoda, niestety, milicja wodna czuwała. W Tolkmicku dysponowali dobrą motorówką,
mieli swój punkt obserwacyjny na wieży w porcie i chyba dobrą lornetkę. Niestety, z morzem tak się nie dało. Straż
graniczna była lepiej przygotowana.
Gdzieś do połowy lat osiemdziesiątych, jeszcze dość często pływałem, ale
już ostrożniej, bez wchodzenia w konflikty z władzami. Pływałem prawie zawsze
na sprzęcie własnym: składakiem, kajakiem pneumatycznym, kajakiem zwykłym ze
sklejki ( to już z wypożyczalni), pontonem, żaglówką składaną typu Mewa. Do
przewozu w różne strony służył mi przez długie lata Wartburg Combi, później
„Maluch”- Fiat 126P. Na nim, niestety sprzęt składany już się nie mieścił i
pływałem niemal wyłącznie na pneumatycznym. Wtedy, pomimo przeróżnych niedogodności
w PRL, samochodów jednak nie kradli tak jak teraz. Przez 25 lat setki razy
zostawiałem je bez żadnego nadzoru gdzieś nad wodą lub na skraju lasu, i miałem
tylko jedno włamanie, niegroźne zresztą. Teraz na to już bym się nie odważył.
Wracając do kajaków. W pierwszej
połowie lat dziewięćdziesiątych pływałem
już coraz bardziej sporadycznie, ot kilka razy w roku, po kilka dni i
czasami jeszcze okazyjnie, po kilka-kilkanaście godzin. Niestety, z uwagi na wiek
oraz brak czasu, w połowie lat dziewięćdziesiątych
i to uległo dalszemu ograniczeniu. Jakie takie podtrzymywanie kondycji
fizycznej zawdzięczałem już głównie częstym, choć dość krótkim, ale nieco
intensywnym (dla dobrego samopoczucia) przebywaniem w lesie, coraz rzadszym
wyjazdom w Tatry lub Bieszczady (drugi koniec Polski) i równie rzadkim – kilka
razy w roku po kilka dni – popływania własnym, wiosłowym lekkim pontonem, albo
takim samym kajakiem. W 2005 roku, w ramach spaceru, poszedłem nad rzekę,
zobaczyłem otwartą przystań kajakową, i wypożyczyłem kajak na trzy godziny,
żeby odwiedzić dawno nieoglądane kąty. I tak się to znowu zaczęło. Z każdym
następnym rokiem coraz więcej, ale nadal bez morza, aż do roku 2009 (co prawda
strome fale na Zalewie Wiślanym też dają niezłą szkołę).
Dlaczego bez morza, choć przepisy w
znacznym stopniu przestały już przeszkadzać? Tak jakoś wyszło. Żeby wolno było
biwakować na plaży lub w lesie przy plaży, prawdopodobnie bym się skusił na
jednym ze swoich kajaków pneumatycznych. Ja tam przyrodzie bym nie zaszkodził,
ale przepisów naruszać nie chcę. Z wypożyczalniami kajaków morskich na polskim
wybrzeżu, przynajmniej na znanym mi odcinku od granicy wschodniej do Gdyni, też
wcale nie jest tak pięknie jak się w reklamach internetowych głosi. Są bowiem
bardzo nieliczne, a kajaki, z nazwy morskie, niekoniecznie są naprawdę morskie,
a jak już są w ogóle morskie, to niekoniecznie kompletne.
Zmyliły mnie też reklamy o
kajakarstwie morskim w Chorwacji, która
faktycznie posiada świetne warunki do uprawiania kajakarstwa morskiego, ale tak
naprawdę skupiła się tu chyba niemal wyłącznie na jachtingu/żeglarstwie. Widać
to niemal na każdym kroku. W sensie biznesowym, to jest zupełnie zrozumiałe.
Trudno się dziwić, że jak nie ma popytu, to i nie ma podaży. Dlaczego nie ma
popytu w Chorwacji, tak wśród gości, jak i miejscowych, nie będę oceniał. Po
prostu mam za słabe rozeznanie. Dlaczego w Polsce kajakarstwo
turystyczno/rekreacyjne też jakby traci popularność (piszę o kajakarstwie w
ogóle, nie o morskim, które jest domeną
chyba nielicznych hobbystów)? Moim
zdaniem, bogatsi wolą żagle i motory, a biedniejsi piwo. Jest i trzecia grupa,
która może by i chciała, ale nie potrafi, nie zna się i się boi. Jak jest liczna ta trzecia grupa –
nie wiem.
Wracając do samego pływania
po Adriatyku. Na samym morzu czułem się świetnie cały czas, aż do samego końca.
Aż żal było mi wracać. Niestety, musiałem...
Gwoli prawdy. Poważniejszych problemów z pływaniem po morzu co prawda
nie miałem, ale z lądowaniem i z biwakowaniem, to i owszem, nawet sporo.
Oczywiście, tych problemów z lądowaniem i biwakowaniem miał bym chyba niewiele, gdybym nie szukał
miejsc bezludnych, tylko korzystał z całkiem sporej ilości plaż przy osiedlach
itp., albo skracał dzienne trasy, wypatrując wcześniej odpowiednich miejsc na biwak. Ja z plaż przy
osiedlach/miastach nie korzystałem (z wyjątkiem krótkich postojów w celu
zakupienia czegoś na dalszą drogę), bo takie miałem założenie, a ponadto, nawet
gdybym chciał je zmienić, nie za bardzo mi wypadało ze swoim skąpym i dość
marnym wyposażeniem, „pchać się” w miejsca publiczne, i jako jedyny,
przynajmniej w zasięgu wzroku i lornetki, tak biwakować. Czułem, że „nie
uchodziło”, przynajmniej w moim wieku.
Wyposażenie miałem skąpe, bo zwyczajnie, na własnych plecach więcej już
nie mogłem unieść, a ponadto z całym tym majdanem trzeba było wsiąść do
pociągu, w którym nie ma wagonów dla pasażerów z dużym bagażem (kilka godzin
stałem, bo bez przepakowywania nie dało się wcisnąć nawet do korytarza, nic już
nie mówiąc o przedziale), a na zakończenie, choć już nadbagaż zredukowałem do
minimum, wcale nie miałem pewności, że mnie z tym wszystkim w ogóle zabiorą do
autobusu jadącego do Chorwacji (regulaminy przewozu bagażu). A liche, to już
moje niedopatrzenie. Po prostu nie przewidziałem, że w całkiem sporym mieście
(mniejsza z tym jakim, w każdym razie to nie Gdańsk), mającym całkiem dobre wyposażenie w
standardowy sprzęt turystyczny, nie znajdę odpowiedniego namiotu, nadającego
się na ten typ wyprawy, ani nawet płachty biwakowej. Musiałem więc, w ostatniej
chwili, gdy już nie było czasu na zamawianie przez Internet, coś tam
improwizować ze starych części.
W sumie na dobre wyszło. Miałem okazję
sprawdzić się w trudnych warunkach biwakowych. A że czasami było twardo i
mokro? – Też dobrze. W trudniejszej wyprawie może być jeszcze trudniej.
Dlaczego było twardo? – Bardzo proste: nie zabrałem grubej karimaty ze względu
na jej gabaryty. Cienkie karimaty były na kamieniach trochę niewygodne, a
ponadto czasami musiałem się nimi dzielić z kajakiem, któremu też na grubym
żwirze było niewygodnie, i we własnym interesie zależało mi, żeby sobie nie
uszkodził dna.
Czemu mokro? – Nic z tych rzeczy
utożsamianych typowo z morzem. Podczas pływania, nawet wtedy, gdy nie tylko nie
założyłem fartucha ale nawet nie zamontowałem dodatkowego nadburcia, zwanego w
instrukcji dodatkową osłoną (z nim było za ciasno), ani jedna fala nie wlała
się do środka – choć czasami były spore (na zdjęciach tego nie widać: gdy fala
była spora, nie tylko ręce miałem zajęte wiosłem, ale i w ogóle nie wyciągałem
aparatu, żeby go nie narażać na bryzgi fal). Kajak pod tym względem (odporność
na fale bez fartucha) jest świetny,
przewyższa mój dawny składak typu Neptun (z Niewiadowa), na którym, w takich warunkach
trzeba by jednak było założyć fartuch. Jest świetny zarówno przy braniu fali na
dziób (pod warunkiem że nie ma zbyt silnego wiatru: wtedy przydał by się także
i ster), jak i na burtę oraz na rufę. W tym ostatnim przypadku, gdy fale były
spore, miałem do wyboru, albo zakładać fartuch (lub w inny sposób chronić się
przed zalewaniem, np. podnieść nadburcie), albo przesunąć się mocno do przodu
(niemożliwe po zamontowaniu nadburcia), inaczej groziło, że coś tam może
chlupnąć do środka.
Oczywiście przy większych falach
branych na rufę kajakiem nieco zarzuca. Trzeba uważać i kontrować. Przy falach
branych na burtę (wystarczy choć na kilka sekund przestać wiosłować i kajak
zaraz się ustawi burtą do fali): jeśli fala jest spora a my nie mamy założonego
fartucha, trzeba po prostu umieć balansować ciałem w odpowiednich momentach. To
jest dobre, gdy nie ma zbyt silnego wiatru a my mamy odpowiednie wyczucie
równowagi. Przy silniejszym wietrze i sporej fali, może w takich wypadkach
dojść do wywrotki (wysokie nadburcie).
Muszę przyznać, że choć bardzo długie
odcinki pokonywałem burtą do fali (tak mi wypadało z kierunku rejsu a osłony
wysp akurat nie było), to jednak gdy widziałem, że nadchodzi większy „dziad”,
na wszelki wypadek robiłem zwrot i brałem go na dziób. I znowu, zwrotność
Sevylora, w tych warunkach (pomimo braku steru) była wręcz świetna. W typowym
kajaku morskim, ale pozbawionym steru, dokonanie w tych warunkach zwrotu na
wiatr byłoby wręcz sztuką, wymagającą znacznej siły i umiejętności.
Ta
zwrotność Sevylora, pomimo braku steru, bardzo mi się przydawała, szczególnie
wtedy, gdy dość duże fale nadchodziły z różnych kierunków. Przytrafiło mi
się to dwukrotnie w drodze powrotnej. Najbardziej zapamiętałem tężejący wiatr i
krzyżujące się spienione nieco fale (co druga, trzecia szła z grzywą), na odcinku pomiędzy Hvarem a Bračem (Hvarski kanal).
Wiał spory wiatr wschodni. Prawdopodobnie strumienie powietrza w przewężeniach
kanału odbijały się od gór, zmieniały kierunek i chyba na to wszystko wpływ
miały jeszcze prądy morskie. W każdym razie musiałem często parować wiosłem
(kajak dobrze się słuchał) a głowę mieć prawie obrotową , żeby patrzeć niemal
na wszystkie strony.
Czemu więc czasami było mokro? Też zwyczajnie. Podczas lądowania w trudnych
miejscach i wynoszenia rzeczy na brzeg, szczególnie po ciemku, czasami się
przewracałem do wody, a wraz ze mną wszystko to, co akurat miałem w ręku lub na
sobie. Gdybym miał wszystko spakowane w solidnych workach wodoszczelnych, nic
by się może nie zamoczyło, a w każdym razie zamoczyło się mniej. Takie worki
wodoszczelne, solidne i grube miałem, ale w ramach redukcji nadbagażu
pozostawiłem je w domu. Więc było jak było. Gdyby ze mną płynął ktoś drugi
(druga), byłoby łatwiej, tak przy lądowaniu, jak i z przenoszeniem wszystkiego
na brzeg. To nie było polskie wybrzeże z piaszczystymi plażami, tylko skały,
kamienie i żwir.
Kajaka przeciągać na brzeg nie
wypadało bo jego dno mogło nie wytrzymać (pomogła by odpowiednia mata lub
odpowiednie zabezpieczenie dna).
Przenosić samemu, szczególnie jak było mało miejsca na przenoszenie
wahadłowe (kolejno za rufę i dziób), naprawdę nie było łatwo, szczególnie
jak w przesmyku pomiędzy skałami i na
początku lądowiska było ciasno, dochodziła tam „martwa fala” i było już ciemno.
Przydała by się wtedy czołówka, zamiast zwykłej latarki, albo ktoś drugi, żeby
przytrzymał szarpiący się na fali kajak, i poświecił. Zresztą, bez przesady.
Taka przymusowa, połowiczna kąpiel, podczas dwudziestu biwaków przytrafiła mi
się tylko trzy razy. Normalnie, gdy nawet płynąłem prawie do zachodu słońca,
coś tam stosownego znalazłem, przeważnie z pięknymi widokami. Trochę gorzej, że
w pięknych miejscach, podobnie jak w Polsce, było też zwykle sporo śmieci po
turystach.
Czasami, już na plaży, najczęściej
przy pakowaniu lub rozpakowywaniu, zaskoczyła mnie jakaś fala od szybko
płynącej dużej jednostki. Byłem z daleka niewidoczny, więc trudno mieć
pretensje: ja powinienem przewidzieć i odpowiednio się zabezpieczyć. Mam nawet
odpowiedni wózek transportowy: wystarczyło zamocować go na rufie lub dziobie
kajaka od strony morza i nadchodząca fala uniosła by kajak do góry, zamiast
wlać się do środka. Tylko, że znowu, w ramach redukcji bagażu...
Podczas pierwszego biwaku, akurat natrafiłem na ładny skrawek
autentycznie piaszczystej plaży, w nocy mnie podtopiło: przez zaskoczenie
warunkami. Po prostu nie pamiętałem, że na Adriatyku też są pływy
(doświadczenia zdobyte „na własnej skórze”, najlepiej się pamięta). Niewielkie
bo niewielkie, ale zawsze... Kajak,
wyciągnięty do połowy na piasek, przywiązałem do drzewa. Sam położyłem się obok
w bardzo wygodnym śpiworze, kaptur naciągnąłem na głowę, bo komary mi trochę
przeszkadzały nic sobie nie robiąc z preparatu przeciwko komarom i kleszczom,
którym obficie, wszystko, łącznie z sobą, wokół spryskałem, i twardo zasnąłem
po czterdziestu godzinach podróży (pociągiem i autokarem) oraz po ośmiu
godzinach wiosłowania. Obudziłem się, bo jakby coś mi w śpiworze chlupotało;
poczułem ręką, że to woda. Zerwałem się błyskawicznie, i widzę: kajak, na naprężonej lince, kołysze
się kilka metrów od brzegu, piaszczysta plaża zniknęła a ja siedzę w śpiworze,
otoczony płytką wodą, do którego z lekkim pluskiem wlewają się fale (chyba
jeszcze wcześniej trochę już przesiąkło). Na szczęście, w kajaku odzież miałem
suchą, więc ta przygoda z pływem nie bardzo mnie zmartwiła, a nawet nieco
rozśmieszyła, szczególnie że było ciepło, rozgwieżdżone niebo, i moja pierwsza noc w takich warunkach: za
plecami las, przede mną morze, na horyzoncie światła i góry.
Jakby dla przestrogi przed
niewczesnym dobrym humorem, gdy rano w pięknym słońcu śpiwór już nieco
podsuszyłem, a na piasku miałem porozkładane rzeczy do ich przepakowania w
kajaku, usłyszałem nagle narastający szybko ryk silnika i jedyne co zdążyłem
zrobić, to byle jak wrzucić wszystko do kajaka i zacząć spychać go na głębszą
wodę. Niestety, nie zdążyłem, przeszkadzały kamienie. Z za zakrętu w dużym
pędzie wyskoczyła spora motorówka, i przemknęła kilkadziesiąt metrów ode mnie,
chyba w ogóle mnie nie zauważając. Trochę fali do kajaka się wlało zanim
zdążyłem zepchnąć go dalej. Trzeba było znowu wszystko wyciągać, wylać wodę
(system wylewania wody – dwa otwory w dnie przy rufie, zatykane kołpakami - wtedy się przydał, choć do końca rejsu miałem
obawy, czy tymi kołpakami/korkami nie zaczepię kiedyś o jakiś kamień, nie zauważę w porę, że osłona się otworzyła, i
daleko od brzegu będę miał niespodziankę w postaci przybierającej w kajaku
wody).
Gdy jeszcze dodam, że na początku października noce zrobiły się
nieco chłodne, szczególnie nad ranem, a ja zamiast pod namiotem, spałem
przykryty tropikiem (nie zawsze miałem z czego oraz czas i ochotę zrobić coś w
rodzaju szkieletu pod tropik), w dodatku w moim śpiworze ostatecznie popsuł się
zamek (bardzo finezyjny, nawet łatwy w „mocowaniu się z nim”, ale w warunkach
domowych), to już będzie jasne, że czasami spałem na twardym i w mokrym. „Tyz
piknie”. Za to w dzień było niemal cudownie: słońce, najczęściej spokojne
morze, ciepła woda, wspaniałe widoki. Aż szkoda było mi kończyć rejs, pomimo
pewnych kłopotów z niektórymi biwakami. Pod koniec rejsu kondycję wioślarską
miałem chyba lepszą niż na początku. Nie czułem też specjalnie zmęczenia.
Twardo-mokre biwaki raczej mi nie zaszkodziły, przynajmniej tego nie
zauważyłem. Wysiadły mnie jedynie nieco nogi, ale na krótko. W końcu nic
dziwnego. Tyle czasu w kajaku, tylko z krótkimi spacerami, prawie bez biegania
i chodzenia po górach. Nie miałem też czasu na częste i dłuższe kąpiele. Planowałem
to inaczej, łącznie z wejściem na szczyt Sveti Ilija ((961 metrów n.p.m.),ale
nie starczyło mi czasu: musiał bym na jeden dzień zatrzymać się na jakimś
campingu, żeby nie pozostawić kajaka i rzeczy bez żadnej opieki.
Po czasie widzę, że zbyt wiele
postawiłem na improwizację. Prawdę mówiąc, ja jeszcze w autobusie do Chorwacji
nie byłem zdecydowany, gdzie z Biogradu na Moru popłynę: na północ i zachód,
tj. na teren, który już trochę znałem (co prawda głównie tylko z pokładu
statku), czy na południe, którego osobiście nie znałem wcale. Wybrałem południe. Widoki. Wyższe góry, wyrastające
niemal wprost z morza.
Trasa przebiegała w
przybliżeniu od Biogradu na Moru do Orebiću na półwyspie Poliešac (kilka
kilometrów od Korčuli na wyspie o tej samej nazwie) i powrót do Biogradu na
Moru, z wieloma bliskimi wypadami w różnych kierunkach.
Szkicowe dane
Na południe
Biograd na Moru – Murter – Pirovač –
powrót do Tisno – Jezera – Kaprije (po minięciu Murteru początkowo
skręciłem na południowy zachód, żeby „zawadzić” o Nacionalni Park Kornati i
dalej Žirje, ale zawróciłem w ca połowie drogi) – Zmajan – Komorica – Tmara
–Maslinovik – Rogoznica – Razanj – Arkandel – Mali Drvenik – Veliki Drvenik
– Šolta (od południa) – wzdłuż Šolty –
zwrot na południe na Rt Pelegrin – Hvar (od południa) – wzdłuż Hwaru aż do
południka 170 – zwrot na południe na Rt Lovište (półwysep Poliešac)
– dalej wzdłuż półwyspu po jego południowej stronie aż do rejonu Kučište –
Orebić i kilka kilometrów dalej wzdłuż półwyspu (z kilometr – półtora za dużym
parkingiem czy też campingiem dobre miejsce do lądowania i biwakowania).
Powrót
Orebić – Loviśte – Hvar – Brač– Śolta
(teraz od północy)– Veliki Drvenik – Mali Drvenik – Arkandel -
Maslinowik – Zlarin – Tijat – Tisno – Biograd na Moru, i na uzupełnienie,
jeszcze trochę wzdłuż Pasmanu i powrót do Biogradu gdzieś z wysokości Sv Petar
na Moru.
Chronologicznie, mogę cały przebieg
rejsu odtworzyć głównie z pamięci, i to niezbyt dokładnie. Po prostu, nie
nastawiłem się specjalnie na robienie notatek, ograniczając się do
sporadycznego notowania pozycji geograficznych, i – czasami – skrótowych uwag.
Mnie, jak na banalny w końcu rejs, w zupełności to wystarczało. Co prawda,
miałem luźne założenie, że jak rejs mi się w pełni powiedzie, i na rok przyszły
będę się przymierzał do poważniejszej wyprawy, to wstępnie w Internecie coś tam
o celach i dotychczasowej ich realizacji opublikuję, ale bez szczegółów. Rejs
się powiódł. Jeśli coś niespodziewanego nie stanie mi na przeszkodzie, na
poważniejszą wyprawę kajakową w roku 2010 się wybiorę. Doszedłem też do
wniosku, że kilka szczegółów, w tym technicznych, warto dodać dla fanów
kajakarstwa „wyrypowego”. Co prawda, dla osób specjalnie się nie pasjonujących
tego typu wyprawami, w tym kajakowymi, może to być straszliwie nudne, wręcz
„nie do czytania”, ale to już „siła wyższa”. Z tym dodaniem szczegółów,
szczególnie przy zdjęciach, wystąpił jednak pewien kłopot. Część notatek
„gdzieś się zawieruszyła”, swojej pamięci nie zawsze jestem pewny, fantazjować
nie chcę. Więc w opisach chronologicznych i w Galerii „Adriatyk” jest sporo
luk.
Trochę
nie pełnej chronologii
Pierwszy dzień, sobota, 19 września 2009 r.
Około godziny 11 start w Biogradzie na Moru - około kilometra na
północ od Mariny Kornati. Po prostu wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przy samej
Marinie Kornati jest obszerna plaża
miejska, i „poniosło” mnie, wraz z ciężarami na plecach, piersi i w ręku, do
szukania „lądowiska dla kajaku” kilkaset metrów dalej. Po fakcie sam się usprawiedliwiam:
„dla kondycji” w dźwiganiu, jeśli kiedyś taka przyjemność spotka mnie kiedyś w
dzikiej tajdze albo innej dżungli. Przez jakieś pół godziny „pokręciłem” się
trochę po okolicy (oczywiście już na wodzie) i wyruszyłem niemal wprost na
południe, wzdłuż lewego brzegu, wypatrując (także przez lornetkę) jakiegoś
widocznego przy plaży sklepu, żeby zakupić żywność i napoje. Bardzo niewiele,
prawie nic „z tych rzeczy” przy sobie nie miałem, bo już nie uradziłem, a do
morza dotarłem jakąś ulicą a później drogą akurat bez sklepów. Wprawdzie, jak
już z wody zobaczyłem plażę przy Marinie Kornati, a za Mariną Kornati jakąś
drugą Marinę i za nią (z wody to się wydawało bardzo blisko), też plaże, duże
pole campingowe; chciałem przez chwilę wylądować i odpowiednio się zaopatrzyć, ale poniosła
mnie niecierpliwość przepłynięcia najpierw chociaż kilku kilometrów.
Przepłynąłem, zobaczyłem ładną małą
plażę, a tuż za nią stragany i jakieś budki. Wylądowałem, wziąłem dwie duże
torby na zakupy, i ruszyłem w stronę straganów. Zanim zdążyłem się odezwać, już
mnie sprzedawczynie ze straganów, niemal na wyścigi zaczęły oferować Rakiję i
inne podobne napoje, a mnie akurat potrzebna była woda „do picia i mycia”,
różne „dżusy” w kartonach, konserwy, ser, chleb itp., a one akurat tego nie
miały. Dwie mnie jeszcze próbowały przekonać do swoich napojów, ale trzecia się
zlitowała i pokazała mi drogę do pobliskiego małego sklepiku. Wróciłem z około
siedemnastoma kilogramami zakupów, z tym że zamiast wody, „do picia i mycia” zakupiłem
„Janę” (to jest taka bardzo popularna w Chorwacji naturalna i tania woda
mineralna).
Ruszyłem dalej, z zamiarem opłynięcia
Murteru od strony zewnętrznej (pełnego morza) i biwakowania gdzieś na jego
południowym cyplu. Czyli na pierwszy dzień (a raczej pół dnia) zaplanowałem
przepłynąć około 20 km. Jednak po dopłynięciu do Murteru od strony zachodniej,
wiatr południowy zaczął się wzmagać, fale rosły, a ja nie miałem jeszcze
zamontowanego nadburcia (dodatkowej osłony), postanowiłem więc cofnąć się na
trasę wewnętrzną (od strony stałego lądu, pod osłoną Murteru) i płynąć wzdłuż
Murteru aż do miejscowości Tisno, gdzie pod niskim mostem jest
kilkunasto-metrowej szerokości przejście pomiędzy Murterem a lądem stałym. Tak
też i zrobiłem.
Pod osłoną Murteru było zupełnie
cicho i spokojnie. Woda, chwilami, niemal jak lustro, a co najwyżej łagodne
małe fale, chyba że w pobliżu przepływała jakaś większa jednostka, albo nawet i
mała ale ze sporą szybkością. Zmiana trasy powiodła by się świetnie, tylko że ja
zamiast do Tisno, dopłynąłem niemal do
miejscowości Pirovač (przy szosie do Šibenika i myśląc, że to Tisno, jeszcze
tam rozglądałem się przez lornetkę za mostem. Nawet coś wypatrzyłem. Wprawdzie
nie most, ale samochody, które, jak mi się wydawało, zjeżdżały z Murteru, w
zwężeniu zatoki znikały na chwilę za drzewami, i zaraz się pojawiały na lądzie
stałym. Popłynąłem więc w tym kierunku, co chwilę wypatrując mostu. Dopiero jak
zobaczyłem, że samochody przejeżdżają nie po moście, tylko po szosie położonej
na jakimś nasypie, ogarnęły mnie wątpliwości, gdzie ja w ogóle jestem. Już samo
sięgnięcie po mapę turystyczną rozwiało złudzenia (czemu tego nie zrobiłem
wcześniej?): na pewno to nie jest Tisno, raczej Pirowač. Za chwilę Garmin z
mapą źródłową pokazał mi dokładnie, gdzie ja jestem.
Trzeba było wracać wzdłuż brzegu, a
brzegi do lądowania raczej mało dostępne, w dodatku wkrótce było już ciemno. Zbyt blisko brzegu
płynąć nie mogłem, bo było za bardzo kamienisto i – miejscami – płytko.
Oglądałem więc brzeg przez lornetkę, a gdzie wydawał mi się zachęcający,
podpływałem bliżej, przyświecałem sobie latarką, aż w końcu znalazłem skrawek
dobrego miejsca do wylądowania. Wylądowałem bez problemu, trochę jednak
manewrując między kamieniami. Za nimi był skrawek piasku, dalej coś w rodzaju
murawy a za tym las oliwkowy, poprzegradzany kamiennymi murkami. Było to
miejsce opisane wcześniej z przygody z przypływem.
Drugi dzień, 20 września, niedziela
Po nocnej przygodzie z przypływem i porannej z motorówką, wyruszyłem
z powrotem na północ, żeby znaleźć przegapioną wczoraj cieśninę i zawrócić na
południe w kierunku do Tisno a dalej do otwartego morza. Płynąłem szybko.
Falowanie niewielkie. Piękne słońce. Sam byłem zdziwiony, jak ja wczoraj
przegapiłem wąską cieśninę prowadzącą do Tisno. Nawet to, że w tym rejonie (na
północ i wschód od Murteru) jest sporo wysp nie zaznaczonych na mojej mapie
turystycznej (na mojej mapie turystycznej 1 mm = 750 metrów), które mogły mnie
utrudnić rozpoznanie cieśniny z wysokości pokładu kajaka, wcale mnie nie
usprawiedliwia. Przecież daleko przed sobą widziałem ląd stały z szosą
prowadzącą z Zadaru do Šibenika, i nawet ze swojej turystycznej mapy powinienem
szybko się zorientować, że przed zwrotem na południe zbyt daleko zapędziłem się
na wschód, i płynę środkiem szerokiej zatoki, a nie wąską cieśniną, i zawrócić.
Niestety. Było tak fajnie płynąć, że
do mapy turystycznej i Garmina zajrzałem dopiero wtedy, gdy zatoka mi się w
ogóle skończyła. Teraz już wiedziałem. Do Tisno i południowego cypla Murteru
dopłynąłem „jak po sznurku”. I tu dopiero przyszła mi pokusa: a może nie
trzymać się tak blisko brzegu, jak pierwotnie zaplanowałem trasę (Tijat,
Zlarin, Tmara, Maslinovik itd.), tylko łukiem na zachód wstąpić przynajmniej na
południowo-wschodni skrawek Kornatów, a dalej Žirje i dopiero Maslinovik.
Pokusa zwyciężyła, choć nie została w pełni zrealizowana. Gdzieś w połowie
drogi zawróciłem na wschód, później znowu na południe, znowu na wschód, okrążałem jakieś regaty, schodziłem z drogi
szybkim statkom JADROLINII, gdzieś tam krążyłem pomiędzy Žirje, Kaprije,
Zmajanie i w końcu już o zmierzchu wylądowałem w pobliżu południowego cypla
Zlarinu. Nie wiem, ile tego dnia zrobiłem kilometrów. Znając dość dobrze swoją
szybkość pływania i ilość godzin wiosłowania, licząc „po dnie”, prawdopodobnie
byłoby to około 45-50 km. W liniach mniej więcej prostych, przyjmuję, że to
było około 35-40 km.
Trzeci dzień, 21 września, poniedziałek
Zlarin – Tmara
– Maslinovik – Rogoznica – Razanj – Rt Ploča – Biwak gdzieś na małej wyspie w
pobliżu lądu stałego. Za dnia na motorówkach kręciło się sporo rybaków.
Wieczorem i w nocy, gdzieś na kierunku zachodnim, przepływały jakieś pięknie oświetlone statki i jachty.
Czwarty dzień, 22 września, wtorek
Arkandel – Mali Drvenik (od południa) – Veliki Drvenik (od południa) – Šolta –
wzdłuż Šolty (od południa) aż prawie do końca wyspy. Płynąłem najpierw między
jakimiś wyspami, później od strony pełnego morza, znowu między wyspami,
ponownie na pełne morze aż dopłynąłem do Šolty i dalej na wschód wzdłuż jej
południowego brzegu.
Piąty dzień, 23 września, środa.
Z Śolty wziąłem kurs wprost na zachodni cypel Hvaru. Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie to,
że ja chyba trochę przeszkadzałem statkom Jadrolinii, a one mnie. Widziałem je
przez lornetkę bardzo dobrze, i po obserwacji ich dziobu oraz burty, starałem
się oddalić z ich trasy. Niestety, gdy już mi się wydawało, że osiągnąłem cel,
znowu widziałem dziób statku skierowany wprost na siebie. Na szczęście dzieliła
nas jeszcze odległość kilku kilometrów, i choć one były ode mnie wielokrotnie
szybsze, robiąc zwrot w bok i ostro
wiosłując mogłem zejść z ich trasy o kilkaset metrów. Gdy starając się to
zrobić, i widzę że mi się to udaje, ale znowu za chwilę mam dziób statku
skierowany wprost na siebie, zaczynam się już trochę denerwować, nie wiedząc co
się dzieje: czy załoga statku mnie nie widzi i robi planowe zmiany kursu, a ja
o tym nie wiedząc, swoimi zwrotami sam zachodzę im drogę, czy po prostu
zobaczyła jakieś małe „toto” daleko od brzegów i chce sprawdzić, czy to
przypadkiem nie jakiś rozbitek potrzebujący pomocy. Nie wiem, jak tam naprawdę
było, ale gdy odległość zmalała do około półtora kilometra wiedziałem, że
jestem widziany i żadna kolizja nie grozi.
Lądowałem na zachodnim cyplu Hvaru
gdzieś w okolicach Vira. Miałem problemy ze znalezieniem odludnego miejsca na
biwak. Zrobiłem przy tym sporo kilometrów. W dwóch miejscach nawet lądowałem
(bez problemów), ale otoczenie, jak w studni lub za bardzo zaśmiecone, więc
szukałem dalej. W końcu znalazłem, już po ciemku, nawet bardzo dobre, tylko że
przy wyciąganiu kajaka i wynoszeniu rzeczy na brzeg, nieco się wymoczyłem,
nawet dość solidnie. Po prostu ciemno, śliskie kamienie, nadchodząca w ciasny
zakamarek martwa fala. „Nic to”, jak już ktoś to kiedyś powiedział. Rano, w
grzejącym mocno słońcu, było fajnie.
Szósty dzień, 24 września, czwartek.
Wzdłuż Hvaru po jego południowej stronie prawie aż do południka 170.
Później prawie wprost na południe do
zachodniego cypla półwyspu Poliešac (Lovište). Dwa biwaki na wyspie Hvar – nie
pamiętam dokładnie gdzie.
Siódmy dzień, 25 września, piątek
Hvar - Lovište – na południe a później na wschód. Biwak kilka kilometrów przed
Kučište.
Ósmy dzień, 26 września, sobota.
Płynę wolno na wschód wzdłuż lewego brzegu. Zaciekawiła mnie bliskość polskiej bazy turystycznej,
znajdującej się gdzieś w pobliżu na trasie Kučište – Orebič. Czytałem o niej w
Internecie. Miałem zapisany adres i telefony, tylko że w laptopie i w zeszycie,
a jedno i drugie pozostało w Polsce (zeszyt to przez zwykłe roztargnienie).
Niestety, dokładnie nie zapamiętałem. Trochę, z wody wypatrywałem śladów jej
obecności, np. kajakarzy na wodzie itp., ale nie zauważyłem. W południe jestem
już w Orebiču. Zatrzymuję się na dwie godziny tuż za przystanią i Mariną,
trochę uzupełniam zapasy i nieco spaceruję po Orebiču. Później płynę dalej na
wschód wzdłuż brzegu półwyspu, z małym wypadem w kierunku nieodległych paru
wysepek/skał. Miejsce na biwak wypatruję niemal naprzeciwko tych wysepek na
półwyspie (jakieś trzy-cztery kilometry na wschód od Orebićem.
Dziewiąty dzień, 27 września,
niedziela
Kręcę się gdzieś po okolicy. Robię sporo zdjęć. Po południu wyruszam w drogę
powrotną. Trochę mi żal, bo zamierzałem wejść na szczyt Sveti Ilija – 961m.
npm, ale nie starczyło mi już czasu. Biwak kilka kilometrów na zachód za
Kučište.
Dziesiąty dzień, 28 września, poniedziałek
Do Rt Lovište dopłynąłem bez problemów. Dalej było już trochę kłopotów.
Najkrótsza droga prowadziła na północny zachód do Hvaru. Tak też starałem się
płynąć. Ale trochę wiało (chyba z zachodu: na pewno to już nie pamiętam). Fale
musiałem brać na burtę. Przeważnie nie sprawiało to problemów. Na większe
nadpływające „dziady” musiałem jednak trochę uważać, i brać je – na wszelki
wypadek – na dziób. Kajak, jak o tym już wiedziałem na pewno, był bardzo
zwrotny, więc poza spowolnieniem tempa, nic specjalnie się nie działo. No i był
dryf. Też nie pamiętam, czy on mnie wtedy przeszkadzał, czy pomagał. Lądowałem
gdzieś na Hvarze. Wtedy, dzięki Garminowi wiedziałem dokładnie gdzie, teraz już
nie.
Jedenasty dzień, 29 września, wtorek
Rano niespodzianka. Chcę dzwonić, a tu komórka całkowicie rozładowana, a
jeszcze wczoraj były wszystkie słupki. Prawdopodobnie do baterii dostało się
jakoś trochę słonej wody, i zwarcie. Jest mi nieprzyjemnie, lecz przecież przed
wyjazdem uprzedzałem, że łączność ze mną może się nagle urwać z przyczyn bardzo
błahych. Trudno. Płynę dalej na zachód wzdłuż południowego Hvaru.
Dwunasty dzień, 30 września, środa
Opłynąłem już Hvar od strony południowej. Przed południem jestem już na
wysokości Rt Pelegrin. Najkrótsza dalsza droga, to wprost na Šoltę. W linii
prostej zaledwie około 20-stu kilometrów otwartego morza. Wiatr też mam sprzyjający: wschodni, tylko tak trochę jakby
za silny jak na branie fal na burtę i rufę. W pobliżu morze wygląda całkiem
nieźle: od wschodu osłania mnie na razie dość dobrze Hvar, w tym jego odległy o około 15 km cypel wystający daleko
na północ. Co będzie jednak, gdy odpłynę dalej na północny zachód i wiatr wschodni będzie już miał swobodny
rozbieg po morzu na długości ponad 60 km? Szybko płynące chmury na niebie też
nie wyglądają zachęcająco. Postanowiłem nie ryzykować. Zrobiłem zwrot na północny
wschód – niemal wprost na wystający cypel, sięgający gdzieś do połowy
szerokości Hvarskiego Kanału. Dość ciężko
i wolno się pod wiatr płynęło, drogi też sporo nadkładałem, ale za to
bezpiecznie.
Biwakowałem w ładnej zatoczce prawie
na samym cyplu, na ładnej sztucznej plaży, niemal pod czyimś bardzo ładnym
domem. Nie chciałem przeszkadzać. Byłem jednak już sporo zmęczony, jak na
dalsze poszukiwania. Gdyby dom był zamieszkały, prawdopodobnie gdzieś na skraju
zatoczki przesiedział bym w kajaku do rana. Przez lornetkę widziałem jednak, że
jest pozamykany „na wszystkie spusty”. Dopłynąłem więc do plaży poza bojami, i
wcześnie rano odpłynąłem nie pozostawiając chyba po swoim pobycie żadnych
śladów.
Trzynasty dzień, 1 października, czwartek
Do Brača dopłynąłem gdzieś na szerokości 16030’. Wiał coraz
silniejszy wiatr wschodni. Fale były spore. Co mniej więcej druga szła już z
grzywą. Płynąłem, z falami, szybko, ale
rufą kajaka zaczęło mi coraz częściej zarzucać. Potrafię sobie z tym nieźle radzić,
lecz fale były coraz większe i zaczęły jeszcze trochę się krzyżować. Schroniłem
się więc do pierwszej bardzo ładnej pustej zatoczki (to ta opisana wcześniej z
„przygody z duchami)”. W nocy była już niemal wichura (tak przynajmniej
oceniałem po huku drzew w górach). Do mnie czasami docierały tylko niewielkie
podmuchy. Przez lornetkę widziałem, że morze jest całe spienione. W zatoczce
tej pozostałem jeszcze cały następny dzień i noc (noc tą z „duchami”).
Czternasty dzień, 2 października, piątek
Pobyt w zatoczce jak wyżej. Do południa jeszcze mocno wiało (choć nie tak jak w
nocy). Po południu już się prawie uspokoiło. W nocy chyba już była tylko martwa
fala. Wtedy nawiedziły mnie „duchy”. Jeszcze wcześniej w dzień, jako jedyni
ludzie, odwiedziła zatoczkę para bardzo sympatycznych Chorwatów. Mieliśmy pewne
trudności w porozumiewaniu się, ale na tyle zrozumiałem, że mieszkają na wyspie
Mljet i co roku podczas urlopu wybierają się na piesze itp. wędrówki, i pływają
jak najczęściej. Tą zatoczkę odwiedzili już w zeszłym roku. Akurat w miejscu,
gdzie ja się ulokowałem (prawie u wylotu jaskini – widoczna za zdjęciu) osy
zabiły owcę czy też kozę (już nie pamiętam), a jej czaszka leży jeszcze na
plaży. Widziałem, leżała, ale os na plaży ani w jaskini już nie było.
Poczęstowaliśmy się wzajemnie, czym kto miał. Ja im trochę powiedziałem o swoim
rejsie i pokazałem go na mapie. Widać było, pomimo trudności językowych (to już
moja wina), że na trasie „włóczęgi” spotkały się bratnie dusze. Jak jeszcze
zobaczyłem, jak oni pływają!
Mężczyzna pływał bardzo dobrze. Nic
dziwnego, młody, wysportowany, to było widać.
Dziewczyna wchodziła do wody bardzo wolno, jakby nieśmiało, ostrożnie.
Czyżby się bała? Przez chwilę miałem ochotę przyłączyć się do kąpieli. Pomimo
swego wieku nie pływam jeszcze najgorzej, ale gdzie mi tam do poziomu, który
prezentował młody Chorwat. Z ostrożnych ruchów dziewczyny wywnioskowałem, że
ona też w wodzie nie jest zbyt mocna, i chciałem podejść i ją zachęcić do
ostrożnego pływania. Dobrze, że nie zdążyłem. Bym się „zblamował” kompletnie.
Jak ona nagle ruszyła, i z jaką szybkością! I jak zaczęła nurkować i zmieniać
style, to ja po prostu osłupiałem. Gdy za chwilę ruszyła motylkiem, odniosłem
wrażenie jakbym w telewizji obserwował samą Otylię Jędrzejczak! I ja jej
chciałem pokazywać, jak się pływa??? O sromoto! Gdy po chwili ochłonąłem,
tłumacząc sobie, że to jest jakaś zawodniczka i to dobra, ona szybko dopłynęła
do skał naprzeciwko, po których ja, w butach, chodziłem wolno i ostrożnie, żeby
nie zlecieć, i zaczęła, na bosaka, szybko i z gracją się wspinać, niemal
biegając i skacząc, mnie już dobiło zupełnie.
Jeszcze przed chwilą myślałem całkiem dobrze o swojej sprawności
fizycznej, licząc ile to już lat biologicznych mi ubyło, a tu...!!! Lekcja pokory była jak „grom z jasnego
nieba”, choć nie posądzam bardzo ładnej i sympatycznej Chorwatki, żeby to
zrobiła celowo. Z wrażenia, na pożegnanie, nawet nie próbowałem się wypytać kim oni są. Jeśli by jeszcze się
okazało, że to nie byli żadni wyczynowcy, tylko zwykli ale dobrze wysportowani
Chorwaci...?
Piętnasty dzień, 3 października, sobota
Dopłynąłem do Šolty. Teraz płynę jej północną stroną. ... Początkowo prawie
cisza. Na horyzoncie, w kierunku na Split, jakieś regaty. Chwilami jachty stoją
prawie w miejscu. Później wolno się przesuwają. Około południa zerwał się,
chwilami dość silny, wiatr zachodni. Pod wiatr, szukając czasami osłony brzegu,
płynąłem wolno. Niestety, szerokość kajaka i wysokie burty nie zawsze są
plusem. Ale w końcu nie o szybkość mi w
tym rejsie chodziło.
Szesnasty dzień, 4 października, niedziela
Veliki Drvenik. Teraz płynę po północnej
jego stronie. ...
Siedemnasty dzień, 5 października,
poniedziałek
Gdzieś z okolic 43030’ 16000’
dopłynąłem do Zlarinu. ...
Osiemnasty dzień, 6 października, wtorek
Wyruszyłem ze Zlarinu w kierunku najpierw Brodarica a później Šibeniku, a dalej
Vodice – Tribunj. Baterie w Garminie już
zupełnie wysiadły. Dopłynąłem dość blisko lądu stałego ale do brzegu nie dobijałem. Trochę zaczął
mnie już poganiać czas. Bardzo dobre miejsce na nocleg znalazłem jakieś półtora
kilometra na zachód od miejscowości Tribunj. Rano miałem odwiedziny psa
wilczura (owczarka niemieckiego). Zaskoczył mnie. Najpierw na mnie szczeknął
(chyba się przestraszył mojego odruchu z powodu zaskoczenia), ale zaraz się
udobruchał.
Dziewiętnasty dzień, 7 października, środa
Dopływam do Tisno. Zatrzymuję się niedaleko za mostem po prawej stronie
(patrząc w kierunku północnym). Uzupełniam zapasy i już po około pół godziny płynę
dalej. Zbliża się wieczór. Zaczynam rozglądać się za biwakiem. Trzymam się
lewego brzegu. Prawy jest zabudowany. Ten
prawie pusty choć obok biegnie
droga i ścieżka spacerowa. Trochę ludzi. Niektórzy biegają. Wybrzeże jest
ładne, lesiste i trochę górzyste. Brzeg jak zwykle, skalisto -kamienisty, czyli
dla lądowania kajakiem trochę trudny. W końcu, po paru kilometrach wypatruję
dostępne i dość ładne miejsce. Ze sto metrów dalej jest szosa, ale ruch w nocy
niewielki i specjalnie mi nie przeszkadza. Gdzieś do północy hałasowali co nie
co jacyś balangowicze, którzy zatrzymali się samochodami z trzysta metrów
dalej, chyba na jakimś parkingu nad brzegiem małej zatoczki. Później wszystko
ucichło. Rano jak płynąłem już nikogo nie było.
Dwudziesty dzień, 8 października, czwartek
W południe dopływam do Biogradu na Moru. Ląduję na plaży miejskiej tuż przy
Marinie Kornati. Trochę chodzę po mieście. Później płynę nieco na północ, i
skręcam pomiędzy wyspami (bardzo płytkie przejście) na Pasman. Biwak gdzieś jakieś
dwa kilometry na północ od Tkon. Rybacy łowili do później nocy, wielokrotnie
przepływając motorówkami w pobliżu
mojego miejsca biwaku. Gdy już ucichło, i zasnąłem, obudziło mnie chlupotanie
przy brzegu. Rozbudziłem się chyba błyskawicznie. Po wodzie, kilkanaście metrów
od brzegu, szła jakaś zjawa, błyskająca światłem. Zaskoczenie było obustronne,
choć „Zjawa” chyba pierwsza mnie dostrzegła i oświetliła latarnią swoją postać.
To był rybak, który szedł po wodzie wzdłuż brzegu (w tym rejonie było wyjątkowo
płytko) i coś tam wypatrywał.
Dwudziesty pierwszy dzień, 9 października, piątek
Pływanie wzdłuż Pasmanu i stałego lądu. Gdzieś w okolicach Tkon – Pasman – S.
Filip – Biograd. Biwak na plaży jakieś niecałe dwa kilometry na północ od
Mariny Kornati. Bardzo ładna prawie pusta plaża – z dość daleko (kilkadziesiąt
metrów) płytką wodą. Miejscami, na płyciznach prawie wcale nie było kamieni.
Nad plażą około 3-4 metry ścieżka spacerowa. Część tego terenu widoczna na
trzech pierwszych zdjęciach. Nieco więcej w Galerii Adriatyk.
Dwudziesty drugi dzień 10 października, sobota
Tego dnia dopłynąłem tylko z odległego o około półtora kilometra miejsca (może
trochę więcej) biwaku do plaży miejskiej przy Marinie Kornati. Suszyłem,
pakowałem. Pospacerowałem też sporo po okolicy. Pogoda aż prawie do wieczora
była nadal dobra. Popadało nieco po raz pierwszy podczas mojego pobytu w
Chorwacji dopiero pod wieczór i ponownie
oraz mocniej około godz. 20. W drodze powrotnej już było dość marnie, ale
prawdziwe załamanie pogody, ze śnieżycami i zaspami, nastąpiło kilka dni później.
Styczeń 2010 r.
------------------------------------------------------------------------
| Strona
główna | Credo |||...| Galeria zdjęć | ... |
------------------------------------------------------------------------
--------------------------------
Trochę wybranych zdjęć
--------------------------------